Łukasz
Kuźniar – student filologii polskiej.
Wiersze publikował w
internetowym wydaniu Odry, na portalach Liternet, Allarte i
Nieszuflada.pl. Członek Partii Zieloni 2004, feminista. Zajmuje się
przekładem tekstów literackich, układa rymowanki, pisze dramaty i
poezję. Mieszka w Rzeszowie.
Na
wiersze Łukasza trafiłam na jednym z internetowych portali
poetyckich około roku temu. Od
tego czasu Łukasz zrobił tak spore postępy w pisaniu, że dziś
czytam każdy nowy wiersz z ciekawością i (nie ukrywam) najczęściej
ogromną przyjemnością. Łukasz Kuźniar jest bardzo dobrym
obserwatorem otaczającej rzeczywistości, którą przekłada na swój
własny język poetycki. Język ten oczywiście wciąż ewoluuje, ale
mimo widocznych inspiracji konkretnymi współczesnymi poetykami,
można już w tej chwili zaryzykować stwierdzenie, ze ten młody
twórca może mieć niebawem sporo do powiedzenia we współczesnej
poezji. Wiersze Łukasza są proste tylko pozornie. Są w nich
emocje, ale nie ma egzaltacji, są elementy codzienności ale nie ma
banału, nie znajdzie się w nich językowego „efekciarstwa”,
chodzenia na skróty, czy na językową łatwiznę. W zamian za to
jest po prostu coraz bardziej rzetelna poetycka robota. Pod
wspomnianą prostotą jednak kryje się głębsza refleksja i
potrzeba docierania do sedna zjawisk. Zapraszam do lektury.
W(z)rastanie
Mijamy
się obracając w wirniku, zaostrzamy narrację
i
położenie. Rozmnażamy rzuty na mapach, globusach,
arteriach
wzroku. Ćmy lgną do światła, które puściło
korzenie.
Wykształca się wybrzuszone drzewo, rodzi
owoce
i przysiadają orientalne ptaki. I to wszystko w kraju,
który
jest jedynie egzotycznie ewangelizowany. Ludność
depcze
po piętach, krzyczy: Żydzi
do gazu, pedały do gazu!
Ale
odkąd jesteś w porcie –
ciałka
się rozedrgały, embriony pulsują. Zapomniałem,
że
zostaliśmy straceni, wsadzeni w puste wagony.
Postępujemy
liniowo, ku coraz wyższym formom.
Everyman
Nigdy
nie mówisz po imieniu. Ale dziś przeskakujesz
rozchylone
uda i stawiasz kropkę nazywając misiaczkiem.
Czemu
zawdzięczam to deminutivum? Czy piękniej
skrzyżowałem
stopy, wyostrzyłem wzrok? A może to on –
niebieski
polar z lumpeksu? Dla ciebie już nie noszę spodni
w
kratkę i pedalskiego kapelusza. Wiem, że nie lubisz, gdy
bywam
solą w oku, kwasem na języku, uciskiem aorty.
Na
mieście o mnie mówią: grafoman z psem i nadwagą.
Nigdy
po imieniu.
Rdza
Wszystko
układało się w rzędy, jak wojsko na poligonie.
W
pary: chłopiec – dziewczynka, w konfiguracji tradycyjnej.
W
słupki, jak wyniki sondy. Podnoszenie głosu miało zalety.
Trzymałem
cię w ramach; czytałem nieregularnie i zamiast
kropek
stawiałem pytajniki.
Prośby
rodziły się jako rozkazy, gnijące liście ust śpiewały
you're not like
the others, futuristic lover. Ilekroć
powiedziałeś
kurwa,
łamano język tak, że akcent ścinał łodygi pokrzyw.
W
rowie melioracyjnym – ławica rybich stóp mnie dopadła.
Łaskotała
w pięty.
Więcej na: http://lukaszkuzniar.liternet.pl/






.jpg)
